Zielone pagóry Słowenii

Słowenia

Po zeszłorocznych wakacjach na Słowenii, gdzie we wrześniu zamiast spodziewanych 30°C przez tydzień siąpił deszcz, a kiedy chcieliśmy wejść na najwyższy szczyt Alp Julijskich - Trygław - spadł śnieg, sądziliśmy, że anomalie w tym kraju mamy już przerobione. Jednak Słowenia nie przestała nas zaskakiwać. Ledwie zaczął się maj a upały sięgnęły 28°C. Słońce zaś tak prażyło, że nie sposób było jechać za dnia. Wstawaliśmy więc coraz wcześniej, by o 12 zasiąść w knajpce na „malicy” (coś w rodzaju lunchu, choć oni sami twierdzą, że to zaledwie przekąska)  i spędzić tam całe popołudnie. Dopiero koło godziny 17-18 dało się znów wyjść z cienia.

Słowenia to też kraj naszych rekordów i „pierwszych razy”. Kilka razy dziennie napotykaliśmy na coś nowego. 
Pierwszy podjazd 14%.
Pierwszy tak ostry zjazd.
Pierwszy tak długi podjazd.
Pierwszy podjazd 20%.
Pierwsze 10 podjazdów w ciągu 3 godzin.

Teren był niezwykle pagórkowaty. Gdyby to podsumować to po 4 dniach zdobylibyśmy Everest. I to miałoby jakiś sens! Mikropodjazdy o nachyleniu tak ostrym że często rower trzeba było prowadzić, dały nam mocno w kość. Na szczęście wszystko zostało w nogach i, jak się okaże później, bardzo przyda się już Chorwacji.

Słowenia jest najbardziej zielonym i, jak dotąd, najpiękniejszym dla nas krajem. Pomimo jej absurdalnej pagórkowatości na każdym kroku można było znaleźć wiele idealnym miejsc na odpoczynek lub pod namiot – mięciutka, świeża trawa, górskie potoki i polany na skraju lasu. Niezależnie od tego, czy wjeżdżaliśmy na kolejne góry, czy jechaliśmy pięknymi wąwozami, nie trzeba było długo szukać. 

Na południu Słowenii, w krainie zwanej białą, dość specyficzne było ułożenie górskich wioseczek. Zamiast zwartej zabudowy wzdłuż kilometrowego odcinka ulicy, jak buduje się w Polsce, domy rozsiane były po całych wzgórzach niezależnie od nachylenia. Dalibyśmy sobie rękę uciąć, że do wielu nie podjedzie nic poza traktorem. A jednak! Malutkie osobóweczki pięły się w górę niczym nie zrażone. Domy usytuowane były bardzo wysoko a każdy południowy stok wykorzystywany był pod uprawę wina zaś każde, nawet najmniejsze wypłaszczenie na mikroogródek z sałatą i szczypiorkiem.

Do tego były ule. Uli jest tam całe mnóstwo! Na pagórkach, polach, zadaszone i w pełnym słońcu. Najciekawsze były te mobilne. Bo jak zrobić miód rzepakowy? Postawić pszczoły na rzepakowym polu. Od tak – po prostu wziąć i je tam zawieźć – jak przyczepę. Dokładnie w takiej formie zbudowana była większość uli – bezpośrednio na przyczepach samochodowych.

Południowa Słowenia była dla nas intensywnym przeżyciem. Bardzo mocno dała nam w kość, lecz w naszych wspomnieniach zaciera się zmęczenie. Pozostają zaś krajobrazy soczystozielonych łąk i wąwozów oraz szum potoków. Teraz, kiedy warunki stają się coraz surowsze, wracamy do tej zieleni z prawdziwą przyjemnością. Będziemy tęsknić.

Skomentuj ()
Wszystkie wpisy Strona główna