Zaskoczeni Kosowem

Kosowo

Oglądaliście kiedyś "The Truman Show" z Jimmym Carreyem w roli głównej? O tym, jak odkrywa, że wszyscy wokół są wynajętymi aktorami i odgrywają swoje role? My czujemy się tu dokładnie tak samo. 

Wczoraj, jeszcze w Albanii, zaopatrzyliśmy się w sklepach w kiełbasę, makaron, paprykę, ser i trochę słodyczy na czarną godzinę (niewiele więcej mozna tam znaleźć), by ze sporym niepokojem pojechać w kierunku Kosowa. Po południu przekroczyliśmy granicę. Za nią czekał nas długi piekny zjazd. Tereny przywodzą na myśl polską wieś - soczysta zieleń, pachnące łąki. 

Czy już się rozbijać, póki coś jest? Nie - zjedźmy do rzeki. Pierwsza wioska - bardzo zadbane domy, niewiarygodnie czyste gospdarstwa i sklep. Kupiliśmy w nim to, czego brakowało w Albanii, czyli pieczywo, pysznego czarnogórskiego vranaca i sok. Przejechaliśmy z pół kilometra, wielki supermarket przy drodze - tam wzięliśmy wędliny, bo Albańska kiełba jest okropna. Robiło się późno, czas poszukać miejsca na nocleg. Rzeka i las zachęcały nas do rozbicia się na dziko ale ciężko było znaleźć miejsce daleko od ludzi, w szczególności ciekawskich oczu dzieci. Po godzinie jałowych poszukiwań zrezygnowani staliśmy przy drodze dogadując plan B. Wtem! Podjeżdża całkiem wypaśny samochód. Płynnym angielskim odzywa się elegancki mężczyzna: "Jesteśmy z policji, co u was?" Rozmawiamy standardowo o tym, skąd i dokąd jedziemy i że szukamy miejsca do zatrzymania się na noc. "Chyba szukacie dzikiego kempingu, nie? To nie jest dobry pomysł. Lepiej zatrzymać się u kogoś, wystarczy zapytać i na pewno wam pozwolą rozbić namiot. Tu jest blisko zielona granica i chodzą patrole. Oczywiście możecie się rozbić jeśli chcecie, tylko nam powiedzcie. Przekażemy kolegom, że tu jesteście, żeby was pilnowali. Tak będziecie bezpieczni. Ale najlepiej, to pojedźcie do miasta. Tam jest najlepiej!" Kurcze, w mieście? Dziwna opcja. Raczej mocno przez nas unikana. "Za 10km skręćcie w prawo, potem pierwsza w lewo i będą restauracje - tam jest bardzo przyjemne miejsce do rozbicia się. Wystarczy spytać w restauracji. Na pewno wam pozwolą". Jesteśmy zupełnie skołowani, ale dajemy się przekonać i ruszamy w kierunku miasta. Panowie raczej wiedzą, co tu jest najlepsze dla turysty. "Pewnie jeszcze tam się spotkamy :)" zakończyli wciąż piękną angielszczyzną.

Miasto znacznie bardziej zadbane niż te w Albanii. Jest czyściej (ale nie czysto), są sklepy, niektóre całkiem duże, piętrowe, lepiej wykończone domy, płoty i eleganckie bramy. Dwie knajpy położone na górce w pięknym lesie, z miękką, zieloną trawą. Zadbane, czyste, z oświetlonym ścieżkami - czy to na pewno ten ponoć dziki, niepoukładany kraj?
 

Pytamy o możliwość rozbicia się. "Oczywiście! Wybierzcie takie miejsce, jakie chcecie. Jutro albo w nocy będzie tu gwardia, więc nie musicie się niczego obawiać, jesteście tu bardzo bezpieczni. Jedziecie z Albanii? To fantastycznie, tu są ci sami ludzie, wszyscy są bardzo przyjaźni. Restaurację otwieramy jutro o 6 rano." Nasze zdezorientowanie rośnie. Ale ok, rozbijamy się na widoku, bo tak chyba bezpieczniej?
Rano budzą nas odgłosy z ogródka - ludzie od świtu przechadzają się pobliską ścieżką, a w restauracji zajętych jest już ok 20- 25 stolików. Jest godzina 7 rano! Na pobliski plac zabaw przychodzi dziecko. Chwilę potem dołącza jego mama i huśtając je zaczyna mu śpiewać.
Sójka drze się tuż za naszym namiotem. Gdzie ona jest? Rowery przykryte płachtą zaczynają się poruszać. Wychodzi tyci puchacz, spanikowany szuka mamy. Chowa się znów pod płachtę i znów się drze.
Czy to wszystko dzieje się naprawdę?

Spakowani po śniadaniu idziemy do restauracyjki na kawę. Rachunek poproszę. "To na koszt firmy." - zdaje się że nie zrozumieliśmy kelnera. Powtarzamy prośbę. "To szef wziął na siebie, nic nie płacicie". Nie do końca wiedząc co się wokół nas dzieje uśmiechamy się do siebie. Czas umyć zęby i ruszyć w dalszą przygodę z Kosowem!

Skomentuj ()
Wszystkie wpisy Strona główna