Zakazana granica

Chiny

Po wielu przygodach dotarliśmy do Dandong - chińskiego miasta położonego na granicy z Koreą Północną. To właśnie tutaj - jedynym (na razie) otwartym mostem realizuje się ponad 50% koreańskiego handlu zagranicznego. Oczywiście przez handel rozumiemy głównie import.

Miasto samo w sobie jest zaskakująco żywe i jednocześnie przyjemne (jak na chińskie standardy). My jednak postanowiliśmy od razu opuścić ludzki ul i na początek udaliśmy się na wycieczkę wzdłuż granicy. Naszym celem był Wielki Mur Chiński, a dokładnie jego koniec na granicy z Koreą.

Rowery nadane pocztą pociągową jeszcze nie dotarły na miejsce, więc tym razem trzeba było skorzystać z transportu miejskiego. Miła odmiana - od razu zostaliśmy zagadani przez grupkę uchachanych po pachy chińczyków.

Co to była za wesoła gromadka! Jechali dokładnie w tym samym celu, co my - jako turyści - stąd pełen luz. Na widok cudzoziemca w autobusie wydobyli swoje olbrzymie telefony komórkowe (Nie, nie stare rzęchy. Nowe wypasione tabletofony!) i rozpoczęli festiwal selfie z celebrytami. My oczywiście nie pozostaliśmy dłużni.

Po drodze cały czas towarzyszyła nam rzeka rozdzielająca oba kraje. Wypatrywaliśmy oznak życia po drugiej stronie. Uchachani chińczycy na widok granicznych umocnień zaczęli żywo gestykulować pokazując na koreańską stronę i tworząc za pomocą rąk karabin maszynowy. Ubaw po pachy.

Po kilkunastu minutach naszym oczom ukazał się cel podróży - wzgórze przecięte nitką Muru Chińskiego.

Ten odcinek Wielkiego Muru jest dość specyficzny. Niektóre źródła w ogóle nie wspominają o tak daleko wysuniętym na wschód fragmencie, jednak zbadawszy sprawę głębiej stwierdzamy, że fortyfikacje są autentyczne i powstały w tym samym okresie, co większość muru, czyli za panowania dynastii Ming.

Co innego, że ten właśnie fragment został niedawno całkowicie odbudowany. Na szczęście całkiem nieźle zachowano charakter oryginału.

Niesamowitą zaletą tego miejsca jest fakt, że turystów jest tu jak na lekarstwo. Po naszych poprzednich dramatycznych doświadczeniach odczuliśmy wielką ulgę nie musząc przeciskać się przez tłum ludzi.

Ścieżka po murze początkowo odwiedza kilka małych baszt, by po chwili bardzo stromo piąć się w górę na najwyższy punkt w okolicy - wieżę obserwacyjną. Wzgórze samo w sobie jest nie do sforsowania - ewidentnie funkcją muru w tym miejscu nie było odgradzanie. Wręcz przeciwnie - służył łatwemu poruszaniu się własnych żołnierzy.

Na marginesie - w końcu mieliśmy okazję zaobserwować dominujące tu insekty. Wydają one charakterystyczny dźwięk - coś odlegle zbliżonego do cykad. Zakładaliśmy więc, że mamy do czynienia z odmianą świerszcza. Rzeczywistość okazała się dalece bardziej obrzydliwa.

Coraz wyżej na ścieżce.

Po dotarciu do baszty obserwacyjnej naszym oczom ukazał się rewelacyjny widok na 'drugą stronę'. Krajobraz Korei Północnej jest zaskakująco przyjemny.

Widok na lokalną atrakcję - plażę na granicy. Nie widać tu napięcia typowego dla granicy Korei Północnej i jej południowej siostry.

Tutaj da się zauważyć, że oba socjalistyczne państwa wiele łączy, a ich rządy chętnie ze sobą współpracują. W niektórych miejscach kwitnie turystyka - można wykąpać się w granicznej rzece, wykupić wycieczkę wodnym ścigaczem i pomachać sąsiadom. Chińczycy chętnie korzystają z tych możliwości, a w powietrzu czuć klimat wesołego miasteczka.

Wszystko jest jednak podszyte jakimś niepokojem. A może to my sami dopowiadamy sobie zbyt dużo? Trudno wczuć się w ogólny klimat wakacyjny mając choć mgliste pojęcie o sytuacji ludzi w tym kraju.

Ludzie dostrzeżeni na pasie granicznym.

Rzeka, co rozdziela dwa bratnie państwa.

Tymczasem Mur prowadził nas w dół zbocza w kierunku granicy.

Momentami było naprawdę stromo. Stopnie często sięgały powyżej kolana. Generalnie niscy Chińczycy musieli wdrapywać się na czworaka.

Dalsza część obranego przez nas szlaku prowadziła - dosłownie - środkiem urwiska. Tuż nad granicą.

Jak (nie) zachowywać się na granicy.

Lokalny modniś. Gdy ktoś taki dosiada się na twoją ławeczkę (z zachowaniem zwyczajowego ceremoniału, czyli splunięciem mocno charczącym) naprawdę traci się ochotę na loda, piwo czy cokolwiek, co właśnie kupiło się w sklepiku.

Widok ludzi pracujących w ten sposób na polach nieodmiennie kojarzy się nam z Azją.

To było bardzo ciekawe przeżycie - chyba pierwszy naprawdę udany dzień w Chinach. Tym lepiej, że i wieczór obfitował w doskonałe widoki i przygody.

Wróciliśmy do Dandong z nadzieją na obserwację nocnego życia. Na dworcu powitał nas przyjacielskim gestem sporych rozmiarów towarzysz Mao.

Miasto wręcz ocieka kolorami w nocy. Oczywiście po części jest to zabieg polityczny - pokazać sąsiadom, że u nas się przelewa.

Nawet smutne wielkie blokowiska w nocy ożywają feerią barw. Wyobraźcie sobie 20-piętrowe bloki 'PRL style' obramowane różowym neonem. Dech zapiera.

Dandong City.

No i są dwa mosty.

Zbudowane tuż obok siebie.

Jeden reprezentuje teraźniejszość. Tędy przejeżdżają transporty z materiałami zamówionymi przez Koreę Północną. Stanowi on również przeprawę dla ludności. Może to być dla niektórych niespodzianką, ale w ostatnim roku Chińska Republika Ludowa wydała około 90 tys. wiz umożliwiających pracę dla obywateli Korei Płn.

Drugi most jest świadkiem historii. Pod koniec wojny został on 'przypadkowo' zbombardowany przez wojska amerykańskie. Korea rozmontowała swoją część, natomiast Chińczycy zrobili ze swojej atrakcję tursytyczną. Połówka mostu poszarpana szrapnelami przypomina nam o burzliwej przeszłości tego regionu.

Są tak blisko, że w większości przypadków trudno jest oddzielić od siebie. Nocna sylwetka starego mostu jest tylko czarnym konturem na tle rozświetlonej nowej przeprawy.

Szczególnie w kontekście jarmarczno-kolorowego rozpasania chińskiej strony, wielkie wrażenie robi ziejąca czarna pustka na przeciwnym brzegu. A i tak mówimy tu o wyjątkowo reprezentacyjnym miejscu.

Powoli wstaje świt. Ciężarówki zaraz znów ruszą przez przeprawę.

 

Skomentuj ()
Wszystkie wpisy Strona główna