Węgierski kras

Węgry

Kolejny długi weekend listopadowy planowaliśmy spędzić w Warszawie. Nie lubimy pchać się na zatłoczone drogi, ani do zatłoczonych miejsc noclegowych. A pusta Warszawa da się lubić :)

Jak to się stało, że wylądowaliśmy na Węgrzech? Ta historia zaczyna się ostatniej wiosny, kiedy rowerami przemierzaliśmy Japonię.

Tuż przed wyjazdem do kraju kwitnącej wiśni radykalnie zmieniliśmy plany i zamiast objeżdżać pólnocną wyspę (Hokkaido) pojechaliśmy na cieplejsze południe. Jednak w głowach wciąż tkwiła chęć, by choć trochę doświadczyć zimnej północy. Postanowiliśmy spędzić tam ostatni tydzień naszej podróży. Oddzieliliśmy się od znajomych, z którymi wspólnie rowerowaliśmy, by przejechać przez góry Hokkaido. Tuż przy wyjeździe z głownego miasta Sapporo spotkaliśmy węgra, który z radością do nas dołączył. Wspólnie spędzone parę dni obfitowało w opowieści przeróżnej maści. Jedną z nich, była opowiedziana przez naszego towarzysza historia o jego wypadach do jaskiń.

Andor wraz z całą rodziną jeżdżą po Węgrzech i Słowacji penetrować dzikie podziemne przejścia. Jego wujek, jak zrozumiałam, jest kimś w rodzaju naszego toprowca. Bada jaskinie, organizuje akcje ratownicze, wyprawy i tym podobne. Ojciec Andora również od lat jest grotołazem. Tą pasję zaszczepili i naszemu znajomemu i jego bratu.

Opowieści o rodzinnych przygodach, fantastycznie spędzonym czasie wśród bliskich i ciekawych miejscach sprawiły, że zapragnęłam tego doświadczyć. Rzuciłąm więc zupełnie luźno: "Gdybyście następnym razem organizowali taką wyprawę, to daj znać, może moglibyśmy dołączyć?" Andor przytaknął.

Zdążyłam zapomnieć o  tej historii, kiedy w październiku dostaliśmy wiadomość, że wujek Andora organizuje kolejną wyprawę i że możemy dołączyć, jeśli tylko chcemy.

Możecie sobie wyobrazić, jak wielkie było nasze zaskoczenie! Takich deklaracji w formie "jak kiedyś będziemy coś robić, to dam wam znać" raczej nigdy nie traktuje się poważnie. Bo kto o tym pamięta? Kto faktycznie zastanowił się, czy w ogóle jest to mozliwe? A jednak! Andor pamiętał i wysłał nam zaproszenie.

Początkowo nie byliśmy przekonani do 10h spędzonych w samochodzie celem zwiedzenia jednej, czy dwóch jaskiń na Węgrzech. Ale teraz wiem, że nie zamieniłabym tego na żaden weekend w Warszawie! Radość, jaką dało nam chodzenie w całkowitych ciemnościach, w błocie, w wodzie, jest nie do opisania. Ale jeszcze bardziej wartościowe było spędzenie czasu z tą fantastyczną rodziną, w której ciepło, zaufanie i radość z bycia razem odczuwaliśmy na każdym kroku.

Skomentuj ()
Wszystkie wpisy Strona główna