Przez góry Albanii

Albania

Albania to w skali Europy kraj zupełnie wyjątkowy. Inna religia, inne obyczaje, niesamowite krajobrazy. Można powiedzieć, że to najbliższe Polsce miejsce, gdzie można zakosztować egzotyki.

Nadchodzące zmiany wyczuliśmy jeszcze w Czarnogórze - gdy zbliżaliśmy się do albańskiej granicy zamiast kościołów we wsiach zaczęły wyrastać minarety. Adriatycka architektura, która po tylu dniach podróży po wybrzeżu zaczęła być dla nas już dość przewidywalna, również uległa zmianie. Szkoder - jedno z głównych miast i prężny ośrodek kultury, uderzył nas swą chaotycznością - zarówno w kwestii budownictwa, jak i miejscowych zwyczajów. Kodeks drogowy tu nie istnieje, obowiązuje reguła siły i wielkości (no i niezmiennie entuzjastycznego trąbienia).

Może to zabrzmi trochę dziwnie, ale Albania pod wieloma względami przypomina bardziej Afrykę niż Europę - styl bycia miejscowych, estetyka budowania i podejście do śmieci (czyt. walające się wszędzie hałdy odpadków) ciągle bardzo odstają od europejskich standardów. Należy nadmienić, że wszelkie niedogodności z tym związane nie są szczególnie mocno uciążliwe a otwartość ludzi i ich pozytywny stosunek do życia przeszły już do legendy i wynagradzają trudy związane z podróżą w bardziej surowych warunkach.

Ale dość ogólników. My w Albanii mieliśmy bardzo prosty plan - porzucić wreszcie morskie wybrzeże i wyruszyć w GÓRY. Najwyższe, najostrzejsze i najdziksze ze wszystkich, z jakimi do tej pory przyszło nam się zmierzyć.

Na pierwszy rzut poszła nie lada atrakcja, czyli rejs promem po jeziorze Komani. Jest to sztuczny zalew utworzony dzięki jednej z kilku obecnych tutaj zapór wodnych.

Po opuszczeniu Szkodry wjechaliśmy na fantastycznie pustą drogę wijącą się między coraz wyższymi wzniesieniami. Po wdrapaniu się na kolejny próg i przejechaniu klimatycznego tunelu dojechaliśmy na przystań, z której odpływają promy. Zostało tylko potargowanie się o najlepszą cenę i zapakowanie rowerów na jedną z malutkich łódek.

Rejs po jeziorze Komani jest uznawany za główną atrakcję turystyczną regionu, a sam przełom za najpiękniejszy w Europie. Hmm... Rzeczywiście robi wrażenie, ale nasz rodzimy przełom Dunajca nie ustępuję krajobrazowo ani na jotę! Zresztą, oceńcie sami.

Co ciekawe, jedyna droga do okolicznych wioseczek i domostw prowadzi właśnie przez jezioro - z powodu stromizn nie ma tam dostępu drogą lądową. Statki są więc jedynym źródłem transportu i zaopatrzenia dla miejscowych. Łódka więc co pewien czas podpływa do brzegu w miejscu zupełnie nieodróżnialnym od innych (krzol + pion), a z buszu wyłania się nagle postać: a to krewki dziadek, a to odświętnie ubrana para, a to cała rodzinka czekająca z osiołkiem na dostawę comiesięcznego prowiantu.

No właśnie - prowiant. Naszą podróż musieliśmy dzielić z 10 worami kartofli i innych warzyw, zapasem napojów i oleju silnikowego, zamiennymi częściami do maszyn rolniczych oraz... pralką. Inaczej mówiąc - ze wszystkim, co niezbędne w codziennym życiu tutejszych górali.

Następnym celem naszej górskiej rowerowędrówki była dolina Valbonë - zwana 'Alpejskim Klejnotem Południowej Europy'. Nazwa, choć zalatuje tanim marketingiem, faktycznie oddaje urok tego miejsca. Jest to najgłębsza i najdłuższa dolina górska na Bałkanach usytuowana dokładnie pod najwyższym szczytem gór przeklętych/błogosławionych (różnice w nazewnictwie obserwujemy w zależności od tego, z której strony się patrzy) - Mają Jezerce. 

Poranny widok z naszego kempingu. No i wreszcie czuć przyjemny chłodek!

Miejcowi postanowili nauczyć nas trochę samoobrony.

A to już ponad 20-kilometrowy zjazd z doliny. Wiatr we włosach, szum wodospadów i nieziemskie widoki.

Po rozmowach z miejscowymi i kilku dniach namysłu stwierdziliśmy, że jednak zaryzykujemy i za nasz następny cel obierzemy Kosowo - najnowszy kraj na mapie Europy. Ale to temat na osobną opowieść.

Tymczasem zapraszamy do obejrzenia filmu z naszej wędrówki.

Skomentuj ()
Wszystkie wpisy Strona główna