Listy z podróży

Ostatnia szansa

Chiny

Słuchajcie, wczoraj po raz trzeci postanowiliśmy dać Chinom szansę. Tak na odchodne, w drodze do miasta, w którym chemy wziąć prom do Korei Południowej. Z wielkimi dylematami, ale uśmiechem na myśl o przejażdżce przez lekko górskie lasy, podjęliśmy decyzję o ruszeniu rowerami, nie pociągiem. 

Ale może od początku.

Ostatnie dni spędzone na zadupiu, gdzie nie można było ruszyć się z hostelu, bo wszędzie wokół był plac budowy były koszmarem. Największy park narodowy Chin okazał się największą pomyłką. Nie wiedzieliśmy co robić. Po odchorowaniu i wymęczeniu się kupiliśmy bilety na pociągi do Pekinu (nocny z Baihe, w którym byliśmy do Shenyang i stamtąd dzienny do Pekinu). Tam chcieliśmy zobaczyć mur i brać samolot do Australii. Ale w ostatniej chwili zwróciliśmy jedne z biletow (Shenyang-Pekin, bo wcześniejszych się już nie dalo) i postanowiliśmy jednak pojechać do Korei Południowej, bo 550km dalej, z miasteczka Dandong, odpływa do niej prom. Droga prowadziła przez lasy i piękne zdawało by się tereny na wysokości ok 800m n.p.m. Zdecydowaliśmy się więc na rower. Po wizycie w sklepie, zgodnie z obawami, nasz zapał zmalał. Nie da się tu kupić ani chleba, ani nic do niego (w sumie normale w Azji). W sklepach jednak nie ma lodówek. Więc to, co jest, jest albo chemią albo suszone. I tak np. można tu dostać suszone ryby, owoce, pakowane szczelnie parówki i całą masę zupek chińskich! Do tego trochę słodkich buł.

Jednak postanowiliśmy nie poddawać się przez brak pożywienia. W końcu odkąd tu jesteśmy nie zjedliśmy ani jednego śniadania, ni kolacji. Bo musielibyśmy tak jak oni wpierdzielać zupki chińskie. To niewiarygodne, wyglądają tak jak te nasze - z makaronem, ale są sprzedawane w wiadrach. I oni takie wiaderko raz na śniadanie, raz na kolację.

Ruszyliśmy w drogę. Ruch duży, wszyscy trabią, bo kompletnie nie potrafią jeździć i trabią ze strachu przed czymkolwiek co zobaczą na drodze - tak to odczuwamy. Więc nawet jak jest pusto i nas widzą, to przeraźliwy (nawet w przewodnikach opisywany za najgorszy) ryk klaksonów dochodzi z każdej strony. Do tego las. Niby fajnie, wreszcie roślinność! Ale zupełnie nieprzyjazny. Gęsty tak, że nie da się wejść, a co dopiero rozbić namiot. Jedziemy niezbyt przekonani wyborem. Do tego wciąż jest pod górę. Nie miało być tak stromo! Ale stromo wcale nie jest. Może po prostu dawno nie jeździliśmy i nam ciężko. Zaczyna się ściemniać, a żadnej perspektywy na nocleg. I co? Zaczyna lać deszcz! Tylko tego brakowało. Ale nie mamy wyjścia. Jedziemy dalej. Przejechaliśmy już 30km, kiedy zrobiło się zupełnie ciemno. Zerknelismy na mapę, chociaż znamy ją na pamięć, bo droga jest jedna i tyle. I co się okazuje? Zabłądziliśmy. Główna droga, zupełnie nie oznaczona, dochodziła 15km wcześniej. Wracamy, po drodze była budowa i ludzie. Może u nich przenocujemy? Przypominamy sobie, że wciąż mamy bilety na nocny pociąg do Shenyang. Odjeżdża za 1.5h. Zdążymy! To jakieś 25km, ale w dół. Mimo, że ja już godzinę wcześniej mówiłam, że nie dam rady dalej jechać, teraz postanawiam dać radę. Musimy zdążyć na pociąg i wcześniej nadać rowery i bagaż. Kiedy wszystko idzie nie tak, to coś w końcu musi się udać. Musimy mieć średnia 25km/h, by zdążyć. W górę jechaliśmy 2,5h, teraz mamy 1h na zjechanie. Co to dla nas.

I wiecie co?

Wpadliśmy do nadawalni bagażu i w locie zpakowaliśmy rowery i bagaże wyjmując tylko dokumenty, majtki na zmianę i picie. Pan nic nie rozumiał,  normalnie robiłby problem. Ale jak spostrzegł, że nasz pociąg odjeżdża za 15min, to jakoś nas zrozumiał, znalazł wielkie wory, do których pomógł nam wrzucić sakwy i wszystko załatwił! Czyli da się tu dogadać! 

Wpadliśmy do pociągu, kiedy konduktorzy dokańczali swoje papieroski.

Spaliśmy jak zabici. Dawno nie było nam tak wygodnie.

Jesteśmy teraz w Shenyang, kupiliśmy bilety na pociąg do Dandong. Znaleźliśmy internet i zarezerwowaliśmy tam hotel. Dziś wieczorem jeszcze, po dojedzie na miejsce, spróbujemy kupić bilety na prom do Korei. Pływają we wtorki i czwartki, może będą bilety na ten czwartek.

Zgodnie z obietnicą, zrobię Ci, tato zdjęcie muru chińskiego. Tam jest jego koniec. Schodzi on do wody.

Myślcie o nas ciepło.

Skomentuj ()
Wszystkie wpisy Strona główna