Listy z podróży

Ostatni przystanek

Australia

Ruszyliśmy samochodem z Brisbane do Sydney. Długo siedzieliśmy w miejscu. Za długo. Oboje mieliśmy już tego dosyć. Ciągnie nas droga i przygoda. Cały ten okres od pobytu w Hobart, jeszcze na Tasmanii, przez święta i nowy rok w Brisbane był bardzo dziwny. Mało się działo. Szczególnie w porównaniu do dni spędzanych na rowerach. Mieszkaliśmy cały czas u kogoś. W Brisbane wręcz w jednym pokoju ze znajomymi. To troszkę za dużo. Szczególnie po tak długim pobycie w dziczy. Cieszę się bardzo, że znów jedziemy, nawet jeśli nie rowerem. Dobrze jest się przemieszczać, zmieniać otoczenie. Bardzo do tego przywykłam.

Na początku tej podróży najbardziej przerażał mnie brak końca, celu, ram czasowych. Teraz, kiedy tylko pojawia się jakikolwiek plan, durnieję, bo jak można cokolwiek planować? Nie spodziewałam się takiej zmiany w przyzwyczajeniach. Nie sądziłam, że kiedykolwiek to polubię. Ale teraz czuję się z tym znakomicie. Obojgu nam dostarcza to potrzebnej wolności.

Jedziemy do Sydney, by tam wsiaść w samolot do Nowej Zelandii. Kraju tak odległego, tak mistycznego - wymarzonego.

Jednak żeby tam wjechać musimy mieć kupione bilety wyjazdowe z kraju. Nowa Zelandia to dla nas koniec świata. I planowany ostatni przystanek. Tak więc kupiliśmy bilety do Europy. Do Rzymu. Niby to nie koniec naszej podróży, przecież we Włoszech znów wsiadamy na rowery. Ale jednak. Dla nas to bilet powrotny. Jest deadline. Wiemy, co będzie. Może nie do końca, co się wydarzy po drodze, ale wiemy, że 27 marca na lotnisku w Auckland wsiądziemy w samolot do Europy. To sprawia, że musimy dokładniej zaplanować naszą podróż przez Nową Zelandię, by znaleźć się na czas w danym miejscu. Ale to też nie jest problemem. Spokojnie możemy to zrobić, choć trzeba będzie bardziej pilnować dni i upływających kilometrów. Najgorsze jest poczucie, że już wracamy. A przecież patrząc na kalendarz, ledwie minęła połowa naszej podróży! Ale mamy bilety powrotne. To nic, że z kraju, do którego nawet jeszcze nie dotarliśmy - w zasadzie jeszcze przed nami jest przecież lot z Sydney do Christchurch. Ale to straciło na mocy. Bo powrót do Europy, to jak powrót do domu. Szczególnie z tak daleka. To też wyjątkowy lot, bo limit bagażu będziemy mieli w sumie o 20kg mniejszy niż dotychczasowy, w którym mieściliśmy się co do grama. Więc już teraz myślimy co wyrzucić, czy może coś jeszcze odesłać. Czy to się opłaci. A może powinnam zostawić tu swój rower (15kg) i kupić nowy w Rzymie?

A co czeka nas w domu? Skoro wracamy, to zaczynamy myśleć o tym, co będzie po powrocie. Warto przecież powiadomić przyjaciół, może uda się zorganizować wspólną drogę wraz z innymi rowerzystami. Ale do tego trzeba zaplanować, którędy będziemy jechać z Rzymu i gdzie będziemy w jakim czasie, żeby znajomi zdążyli wziąć urlopy. No a do tego trzeba powiadomić Ewę, która wynajmuje nasze mieszkanie, kiedy będziemy, by zdążyła się wyprowadzić. Nie wspomnę już o planowanym remoncie, bo o tym postanowiłam nie myśleć póki co, bo już musiałabym wszystko organizować.

Jak jeden głupi bilet wszystko zmienia!

Jesteśmy bardzo wdzięczni mojemu tacie, dzięki któremu mamy te bilety. To dla nas wspaniała rzecz. Jeszcze przed wyjazdem powiedział, że kupi nam bilety. Ale powrotne. Gdziekolwiek wtedy nie będziemy. I faktycznie, znaleźliśmy się na końcu świata, skąd powrót jest dość drogi, ale on dotrzymał słowa. Mimo, że musieliśmy kombinować, by mieć jak największy limit bagażu i jednocześnie móc wziąć ogromne kartony z rowerami - udało się.

Tak, czy siak, wracamy. I choć jeszcze 3 miesiące w Nowej Zelandii przed nami - najpiękniejszym chyba kraju tego świata - a potem kolejne 2 do Warszawy, dla nas to kres podróży.

I dobrze i źle. W sumie tęsknimy już bardzo za domem i bliskimi. Jednakże mamy sporo obaw związanych z powrotem do "normalnego" życia, ale też cieszymy się niezmiernie. Sądzę, że miesiące po powrocie będą jedyne w swoim rodzaju. Pełne spotkań i opowieści. I choć czeka mnie operacja kolana i skręca mnie na samą myśl unieruchomienia na parę miesięcy, to będzie to coś zupełnie nowego i na pewno ciekawego.

Skomentuj ()
Wszystkie wpisy Strona główna