Niebiańskie Jezioro

Chiny

Byliśmy dziś w Changbaishan - największym parku narodowym Chin słynącym z największego, najwyżej położonego jeziora w kraterze wulkanicznym na świecie. Na zdjęciach, szczególnie tych zimowych, zapiera dech. W rzeczywistości jest troszkę inaczej - jak ze wszystkim w Chinach. Tu cała rzeczywistość jest inna...

Do parku zawieźli nas jeszcze przed otwarciem. Dziwne? Nie! Inaczej wcale byśmy tam nie weszli. Czekaliśmy pół godziny stojąc już w tłumie nieustannie Charczących Chińczyków (skrótowo nazwijmy ich ChCh). Ciężko jest opisać, co się potem działo. Kolejek pilnowała policja wydzielając partie ludzi do wpuszczenia jednorazowo. Kiedy tylko podnosili we dwóch linę nad głowy oczekujących, tłum zaczynał biec. Gdziekolwiek! Nikt bowiem nie wiedział gdzie się kierować.

Kolejna Kolejka (nazwijmy je roboczo KK) prowadziła do bramek wejściowych. Ale najpierw trzeba było przedostać się przez nią, by, hmm... ustawić się w KK i kupić bilety. Nawet obsługa nie potrafiła nas pokierować. Potem tylko KK do wejścia na teren i jeszcze jedna do prześwietlenia (tak, tu przed wejściem do lasu jest kontrola jak na międzynarodowym lotnisku). Wszystkie pilnowane przez Panów Policjantów (dla ułatwienia nazwijmy ich PP) podnoszących i opuszczających liny. Potem zaś była KK do busa. Tu nie można samodzielnie poruszać się po parku. W sumie, kiedy dotarliśmy do środka transportu umożliwiającego przemieszczenie się chociaż kawałek wyżej minęły 2,5 godziny. Była dziesiąta. Biegający wszędzie ChCh zasiedli wygodnie. Już bez popychania, przewracania innych i napierania. Autobus był ich!

Wysadzili nas na wielkim Placu Parkingowym, w miejscu, gdzie stała inna KK ChCh chcących wejść do tegoż autobusu. Dwóch PP ledwie utrzymywało ich za liną. Skierowani tłumem poszliśmy do najbliższych bramek. Niestety okazało się, że tam jeżdżą inne busy, więc trzeba też mieć inny bilecik. Kasy były - a jakże! - po drugiej stronie Placu Parkingowego (użylibyśmy skrótu PP, ale już zajęty), na którym nas uprzednio wysadzono. Nie trzeba chyba nadmieniać, że poprzedzała je KK? Tym razem nawet znajomość chińskiego nie pomagała w ogarnięciu rzeczywistości, ponieważ masa Chińczyków była zawracana, gdy okazywało się, że stoją w KK bez odpowiednich bilecików. Oczywiście nie dało się ich kupić w pierwszej kasie. Możecie sobie więc wyobrazić jak działa sznur popychających ludzi idący w przeciwne strony. Po odczekaniu kolejnej godziny, tłum ruszył biegiem do małego busika masakrując mi aparat, a potem mnie, kiedy pochyliłam się pozbierać części. Szczęśliwie jednak PP popędzili mnie na tyle, bym podbiegła i zdążyła złapać czekający już pół minuty busik. I wtedy zrozumieliśmy, co pani w recepcji naszego hotelu miała na myśli mówiąc, że nie da się tam jechać rowerem, bo samochody jeżdżą za szybko. Karkołomna jazda po serpentynach chyba jest tu jedną z atrakcji.

Zostaliśmy dotelepani pod sam krater. Tam wysadzono nas na wielkim Placu Parkingowym, gdzie tłum busów próbuje ustawić się na swoim miejscu, ponieważ każdy z nich ma swój numer (naliczyliśmy 175!) i z tym numerem musi w kolejności podjeżdżać po turystów. Podejrzewamy, że zaburzenie numerologii busów mogłoby mieć straszliwe konsekwencje. Mijankom, czekaniu i trąbieniu nie ma końca. I wszytko w tłumie turystów, który próbuje przedostać się na drugą stronę Placu Parkingowego, by dojść do… KK prowadzącej na szczyt!! Dobrze, że byli PP i podnosili, i opuszczali linę, inaczej staranowany zostałby nie tylko mój aparat.

Potem szło się bardzo stromą i śliską ścieżką do najważniejszego punktu całego dnia - wielkiego krateru zalanego błękitną wodą. Prowadził tam długi sznur ChCh, którzy do tego napierali i krzyczeli. Tu zwrócę uwagę na to, że chyba plucie i charkanie nie służy higienie jamy ustnej, ponieważ każdy, ale to każdy Chińczyk powala oddechem.
Przepchnęli nas na samą górę. Co za widok! Tłum ChCh walczących o miejsce przy poręczy, której nie wolno przekraczać i której pilnują dziesiątki strażników! Byle tylko zrobić zdjęcie z selfistika i móc zobaczyć w domu, gdzie się było. Bo przecież nie sposób dopchać się do barierki. Ale... są pewne wyjątki. Za barierką, poza strażnikami, stoją uprzywilejowani panowie z aparatami i za odpowiednią opłatą można przeczołgać się pod rzeczoną barierką i zrobić sobie zdjęcie jednocześnie mając niepowtarzalną okazję zobaczyć, co tak naprawdę kryje krater.

 

 

Potem już tylko zejście na obcasie, w trampkach, japonkach i innym obuwiu z błyskotkami po śliskim, wyjątkowo stromym zboczu z piachu i kamieni. Prowadzi ono na kolejne wejście na inny punkt widokowy (na który można było dostać się bezpośrednio z góry, ale przejście było zamknięte i pilnowane przez PP). Na drugim punkcie widokowym można się odprężyć, bo i tak jest się pchanym przez tłum ChCh do miejsca za barierką, gdzie bezpieczeństwa pilnują PP, a specjalny fotograf pobiera opłaty i pozwala przeczołgać się i usiąść na miejscu VIP z jedynym możliwym widokiem.

 

 


Dobrze, że udało się zobaczyć to, co najważniejsze! Jest godzina 12.30. Stajemy w KK do busów zjeżdżających. Poszło jak z płatka. Jest pół godziny później, a my już na niższej stacji. Zastanawiamy się, czy dwie godziny, które zostały nam do końca zwiedzania parku wystarczą, by zobaczyć wodospad, gorące źródła, tzw. podziemny las i jeszcze może coś zjeść. Postanawiamy spróbować szczęścia. Ustawiamy się więc w KK idącej do busa jadącego jeszcze dalej (bo z tego placu nie da się oczywiście nigdzie dojść) i cierpliwie znosimy szturchanie, napieranie i bekanie. Dobrze, że wiatr jest dziś silny. Przewiewa odór niesiony z otworów gębowych ChCh. Podjeżdża bus. Wszyscy biegną do drzwi! PP krzyczą: szybciej, szybciej! Więc wszyscy biegną jeszcze szybciej pchając i popychając. Potem kaput. Lina zostaje opuszczona i nikt więcej nie wejdzie. Autobusy wyglądają jak regularne miejskie pojazdy bezprzegubowe mieszczące ok. 23 osoby siedzące i jakieś 50 stojących. Na szczęście wpuszczają tylko tyle, ile zmieści się na siedzeniach, czyli minimalny ułamek kolejki czekającej w słońcu. Bezpieczeństwo przede wszystkim! Autobus rusza nim zamkną się drzwi, więc część Chińczyków nie zdąża skorzystać ze swoich miejsc i przewraca się od razu.
Dojeżdżamy do Placu Parkingowego, z którego, po dogodnym przejściu na drugą stronę między pędzącymi busami, możemy dostać się na ścieżkę prowadzącą do wodospadu. Jednak widoczność jest dobra, a oczy nas nie mylą pokazując tłum ChCh oblegający długi odcinek zmierzający do wodospadu. Rezygnujemy więc z tej atrakcji na rzecz jedynej czynnej ścieżki wiodącej nie asfaltem, a - uwaga! - przez pełen niebezpieczeństw las! Znaki na każdym kroku przypominają o zagrożeniach, jakie czyhają w dziczy. Jednak my jesteśmy nieustraszeni i, jako jedni z niewielu śmiałków, postanawiamy wziąć ryzyko na siebie.

W ciszy i spokoju idziemy piękną drewnianą kładką wśród zieleni i szumu potoku. Wreszcie cisza. Wreszcie spokój. Żywego ducha przez długi czas.

Chińczycy jednak są wszechobecni i gdy tylko spotykamy pierwszą rodzinkę mijając ją wolnym krokiem, natychmiast czujemy parcie z tyłu. Potem kolejna i jeszcze jedna. Nie wytrzymują ciszy. Ktoś gwiżdże na palcach, ktoś włącza głośnik emitujący muzykę słyszalną z kilkuset metrów. Poszlibyśmy inną ścieżką - zrobili ich tu nawet kilka - ale wszystkie, poza tą właściwą, pozamykane. A przy każdej opcji stoi PP.

Docieramy do Placu Parkingowego. Nie sposób nie zauważyć wejścia do KK po drugiej jego stronie, bo gdy tylko ścieżki wychodzą z lasu, ChCh zaczynają biec, by zająć swoje miejsce w tłumie. Czekamy już tylko pół godzinki na busa, który zwiezie nas na dół. Ostatnie szarpanie i smarkanie. Ostatnia podniesiona lina. Ostatni bieg 3m do otwartych drzwi busa. Ostatnie popychanie.
Będziemy za tym tęsknić.
A może Chiny nie zawiodą nas i nie pozostawią samotnych w ciszy lasu?

"Be care of falling stones, pleasc don't stop here"

"Protect the environment - start with me!"

 

 

"For your safety, please stay on the plankroad"

Mowa chyba o wymienionej wyżej ścieżce z piachu i kamieni.

 

 

"Passenger no entry"

"Dangerous, no climbing"

"Heavy mist and strong wind, please take care"

"Route to get down". Yo!

"No crossing". No exceptions!

 

 

"Love nature, protect nature, enjoy nature"

"Flowers more beautiful with mercy of your hands, grass more green with mercy of your feet"

"Give love to vegetation, return the green to the ground"

Na koniec trochę faktów:

Podczas naszej wizyty staliśmy w 17 (!) kolejkach. Łącznie zajęły nam one 3/4 czasu przeznaczonego na zwiedzanie. Sam park czynny jest w godzinach 8-17.

Koszt wszystkich biletów w parku wyniósł nas po 300RMB na osobę. To około 180 złotych! Nie wliczamy kosztu dotarcia na ten koniec świata z Pekinu.

Skomentuj ()
Wszystkie wpisy Strona główna