Listy z podróży

Kosowski "Truman Show"

Kosowo

12.06.2015 Oglądaliście kiedyś "truman show" z Jimem Carrey w roli głównej? O tym, jak odkrywa, że żyje w ustawionym świecie, w którym tylko on jest nieświadomą marionetką. My czujemy się tu dokładnie tak samo. Wczoraj, jeszcze w Albanii, zaopatrzyliśmy się w sklepach, w których nic nie było w kiełbasę, makaron, paprykę, ser (chleba nie było) i trochę słodyczy na czarną godzinę, by ze sporym niepokojem pojechać w kierunku Kosowa. Popołudniu przekroczyliśmy granicę. Piękny, długi zjazd za nią. Tereny jak w Polsce - soczysta zieleń, pachnące łąki. Czy już się rozbijać, póki coś jest? Nie, zjedźmy do rzeki. Pierwsza wioska, bardzo zadbane domy, niewiarygodnie czyste gospodarstwa i sklep. Kupiliśmy w nim pieczywo, czarnogórskiego vranaca i sok. Przejechaliśmy pół kilometra, wielki supermarket przy drodze - tam wzięliśmy wędliny, bo Albańska kiełba jest okropna. Robiło się późno, czas szukać miejsca na nocleg. Rzeka i las zachęcił nas do rozbicia się na dziko. Ale ciężko było znaleźć miejsce daleko od ludzi. Zrezygnowani rozmawialiśmy co zrobić dalej stojąc na przystanku. Podjeżdża całkiem wypaśny samochód. Płynnym angielskim odzywa się elegancki mężczyzna: "jesteśmy z policji, co tu robicie?" Przeprowadzamy standardową rozmowę o tym skąd dokąd jedziemy i że szukamy miejsca do zatrzymania się na noc. "Chyba szukacie dzikiego kempingu, nie? To nie jest dobry pomysł. Lepiej zatrzymać się u kogoś, wystarczy zapytać i na pewno wam pozwolą rozbić namiot. To zielona granica - tu kręci się dużo ludzi i chodzą patrole i świecą latarami. Ale możecie się rozbić jeśli chcecie, tylko nam powiedzcie. Przekażemy patrolom, że tu jesteście, żeby was pilnowali. Też będziecie bezpieczni. A najlepiej, to pojedźcie do miasta. Tam jest najbezpieczniej!" Kurcze, w mieście? Dziwna opcja. Raczej mocno przez nas unikana. "za 10km skręćcie w prawo, potem pierwsza w lewo i będą restauracje - tam jest najładniej na rozbicie się i na pewno wam pozwolą". O czym oni opowiadają? Ok, raczej wiedzą, co tu jest najlepsze dla turysty. "To może tam się jeszcze spotkamy :)" zakończyli wciąż piękną angielszczyzną.

Miasto znacznie bardziej zadbane niż te w Albanii. Jest czyściej (ale nie czysto), są sklepy, niektóre całkiem duże, piętrowe, bardziej skończone domy, płoty i eleganckie bramy.
2 knajpy położone na górce w pięknym lasku z miękką, zieloną trawą. Zadbane, czyste, z oświetlonym ścieżkami - zupełnie inny świat.

Pytamy o możliwość rozbicia się. "Oczywiście! Wybierzcie takie miejsce, jakie chcecie. Jutro, albo w nocy będzie tu gwardia, więc nie musicie się niczego obawiać, jesteście tu bardzo bezpieczni. Jedziecie z Albanii? To fantastycznie, tu są ci sami ludzie, wszyscy są bardzo przyjaźni. Restaurację otwieramy jutro o 6 rano." Wtedy to byliśmy już zdezorientowani. Ale ok, robiliśmy się na widoku, bo tak chyba bezpieczniej.

Rano budzą nas odgłosy z ogródka - ludzie od świtu przechadzają się pobliską ścieżką, a w restauracji zajętych jest już ok 20- 25 stolików. Jest godzina 7 rano! Na pobliski plac zabaw przychodzi dziecko. Chwilę potem dołącza jego mama i huśtając je na huśtawce zaczyna mu śpiewać.
Sójka drze się tuż za naszym namiotem. Gdzie ona jest? Rowery przykryte tarpem zaczynają się poruszać. Wychodzi tyci puchacz, spanikowany szuka mamy. Chowa się znów pod tarp i znów się drze.
Czy to wszystko dzieje się na prawdę?

Spakowani po śniadaniu idziemy do restauracyjki na kawę. Rachunek poproszę. "To na koszt firmy." - zdaje się że nie zrozumieliśmy kelnera. Powtarzamy prośbę. "To szef wziął na siebie, nic nie płacicie." Nie do końca wiedząc co się wokół nas dzieje zaśmieliśmy się do siebie. Czas umyć zęby i ruszyć w dalszą przygodę z Kosowem!

Skomentuj ()
Wszystkie wpisy Strona główna