Letters of travel

Nie ma tego złego

N.Zealand

Nowa Zelandia przywitała nas 3 tygodniami deszczu i zimna. Pierwszy z nich spędziliśmy u fantastycznego hosta załatwiając naprawę rowerów, gotując obiady i jeżdżąc na wspólne wycieczki. W drugim tygodniu, kiedy rozpadało się już na dobre, ruszyliśmy w drogę. Juz pierwszej nocy zostaliśmy zaproszeni przez przesympatyczną rodzinę do ich domu, gdzie poczęstowali nas obiadem i zapewnili ciepłą kąpiel i nocleg. Jechaliśmy 2 dni, a prognozy robiły się coraz gorsze. W ostatniej chwili zdecydowaliśmy się nie odbijać w góry, tylko jechać do miasteczka kilka kilometrów dalej, by tam szukać dachu nad głową. I udało się. Kolejny fantastyczny host zgodził się nas przenocować, póki prognoza się nie poprawi. Następnego dnia padało tak strasznie, że nie dało się wyjść do ogrodu, bo cały zamienił się w sadzawkę głęboką co najmniej po kostki. Host mówił, że nigdy czegoś takiego nie widział. Żeby nie było inaczej niż na Tasmanii, wszyscy opowiadali, jakie to straszne susze były w ostatnich miesiącach. Na szczęście dwa dni później było już tylko nieprzyjemnie wilgotno i ponuro. Ruszyliśmy więc w dalszą drogę. Udało nam się przebić przez pierwszą przełęcz i dojechać nad jezioro Pukaki, kiedy widoczność zmalała tak, że nie było widać nawet podnóża gór. Tak więc nasze 2 dni zmagań z silnym wiatrem, by dotrzeć do miejsca styku 3 lodowców, obróciły się w kilkugodzinny powrót. I cieszymy się z tej decyzji, bo potem mogliśmy nasłuchać się opowieści wściekłych turystów, którzy nie dość, że nie zobaczyli nic, to przemokli i przemarzli bardziej niż my - trawa na kempingach była podobno tak nasiąknięta, że spało się jak na łóżku wodnym. Podejrzewamy także, że tutejszy Mt Cook, do którego próbowaliśmy dotrzeć, to tak na prawdę CzęstoChowa. Lokalsi mówią, że widać go tylko przez 15% dni w roku.

Zrezygnowani, zmęczeni i przemoczeni postanowiliśmy dotrzeć do Queenstown, skąd szukaliśmy już samochodów do relokacji, by choć przez chwilę pomieszkać w suchym. Dojechaliśmy do Cromwell, kiedy zaczęło robić się ładnie, namiot po raz pierwszy wysechł, a śpiwory przestały ważyć podwójnie od przechowywanej w nich wilgoci. Wtedy też udało nam się znaleźć zasięg Internetu i odebrać zaskakującego maila.

Człowiek z Couchsurfingu, zupełnie obcy, zapytał, czy wciąż jesteśmy w okolicach Christchurch (gdzie szukaliśmy noclegu na poczatku), ponieważ potrzebuje przetransportować swój kamper właśnie stamtąd do Queenstown. I w zasadzie to potrzebuje go mieć na za 3 tygodnie, więc możemy go wziąć kiedy chcemy i jeździć ile chcemy, byle dostarczyć na czas na miejsce.

Tego się nie spodziewaliśmy! Pewnie, że jesteśmy w okolicy, przeciez Nowa Zelandia jest taka mała!

Załatwiamy teraz ubezpieczenie, przesyłamy mu dokumenty i organizujemy miejsce dla rowerów (bo kamper jest bardzo malutki- 2 siedzenia i łóżko z tylu). Szybka relokacja z Queenstown do Christchurch i siup! Mamy samochód na 2 tygodnie do naszej dyspozycji. Możemy zobaczyć wszystko, co uniemożliwił nam deszcz i wiatr.

A co dalej? Jak zwykle nie wiemy :) i chyba to najbardziej nam się podoba.

Comment ()
Posts list Home