Dolina rzeki Kolpy

Słowenia

Słowenia pełna jest pięknych miejsc. Gdzie się człowiek nie obejrzy - tam zielona łąka, potoczek i góry w tle. W tak ekstremalnie idyllicznych warunkach trudno wybrać miejsce szczególnie przyjemne. Osobiście najbardziej lubię stosować w tym celu kryterium hardkoru. Otóż, dane miejsce tym bardziej zyskuje na wartości, im trudniej do niego dotrzeć. Chyba nie jestem osamotniony w stosowaniu tej metody – bo czemu ludzie chcą zdobywać najwyższe szczyty, największe głębiny albo pchają się na odludne pustynie? Słoweńskim miejscówkom wprawdzie daleko do takiego poziomu, lecz jedno miejsce zapadło nam w pamięć właśnie dlatego, że przez długi czas po drodze nie spotkaliśmy ani jednej żywej duszy. A jakże tam było pięknie!

Mowa o dolinie rzeki Kolpy, po chorwacku zwanej swojsko Kupą. Dualizm nazwy wynika z tego, że Kolpa przez większość swojego biegu wyznacza granice państw, głęboko wrzynając się w góry oddzielające krainę zwaną Białą od Morza Adriatyckiego i wyznaczając najbardziej wysunięty na południe punkt Słowenii.

Jest tu niezwykle zielono. Nawet liczne zastępy owiec i kóz oddelegowane  w celu poskromienia bujnej przyrody nie zawsze są w stanie podołać swemu zadaniu. Innymi słowy krzol ściele się gęsto. 

My na szczęście dotarliśmy tu w odpowiednim czasie. Raz, że na wiosnę pokrzywy i łopiany nie osiągają jeszcze wysokości człowieka, dwa, że akurat w tamtym okresie planowany był coroczny rajd nadrzeczną ścieżką. Z tej okazji (a może jest tak cały rok?) długi fragment trasy dostępny tylko dla pieszych był starannie równo ostrzyżony. W tak zachęcających warunkach skorzystaliśmy z możliwości przemieszczania się nad samą wodą - w przeciwnym razie czekałaby nas jazda po ostrych okolicznych pagórkach.

I tak nie było łatwo. Z zakładanych dwóch- trzech kilometrów po wąziutkiej ścieżce zrobiło się dziesięć. Szlak nie był dobrze oznaczony i cały czas zastanawialiśmy się, kiedy natrafimy na przeszkodę nie do ominięcia z ciężkim bagażem. Na szczęście zagadnięty miejscowy zapewnił nas, że bez problemu przejedziemy całość. Istotnie, choć obciążone rowery ledwie dawały rade, niewiele było miejsc, w których trzeba było prowadzić albo, co najgorsze, przenosić nasz sprzęt. Wszystkie niedogodności wynagradzane były górskim klimatem, pięknym krajobrazem i bliskością czystej, chłodnej wody. Na końcu czekały nas zdziwione twarze pograniczników, którzy chyba nie spodziewali się rowerzystów w tym miejscu.

Trasa tak bardzo przypadła nam do gustu, że postanowiliśmy ją opisać dla innych rowerzystów. Dzięki Muchom w Szprychach, na Open Street Maps znajdziecie tę arcyciekawą drogę - gdybyście kiedykolwiek zapuścili się w te rejony Słowenii.

Skomentuj ()
Wszystkie wpisy Strona główna