Ciemna strona Tasmanii

Australia

To będzie historia o tych, których już nie ma. O ciszy po śpiewających ptakach. O zmarnowanych żywotach. O tym, co zostało. I tym, co trzeba chronić.

Od dziesiątków tysięcy lat Tasmania była zamieszkana przez aborygenów. Żyli oni w małych tradycyjnych społecznościach. Wypalali busz i polowali, ale nigdy nie zaburzyli naturalnego cyklu przyrody. Można powiedzieć, że żyli w harmonii z naturą.

I wtedy, po 10 tysiącach lat, na wyspę dotarł biały człowiek. Wprawdzie od odkrycia wyspy minęło 150 lat zanim pierwsi osadnicy na dobre opuścili statki, jednak potem wydarzenia potoczyły się bardzo szybko. Był przełom XVIII i XIX w. Trudne czasy. Koloniści byli twardymi ludźmi. Wielu z nich przybyło do Australii za karę. Inni mieli swoje powody, żeby zacząć życie na nowo. Spróbować innego, lepszego życia.

Ludzie, którzy zasiedlali niegościnne tereny, musieli walczyć o swoje. Biały człowiek potrzebował przestrzeni do życia, budulca dla swoich domostw, pastwisk dla bydła, wreszcie cennych kruszców na handel. Wszystko to uzyskiwał z konsekwencją i bezwzględnością, krórej nauczył się w Europie - wszak tysiąclecia walk nauczyły nas, że wygrywa nasilniejszy.

Bardzo szybko okazało się, że lokalna ludność stanowi konkurencję dla osadników. Aborygeni, początkowo nastawieni przyjaźnie do przybyszów, zmienili podejście, gdy zaczęli być brutalnie wypychani ze swoich ziem. Konflikt osiągnął apogeum w latach 20. XIX wieku. Czas ten nosi miano "Czarnej Wojny" i powszechnie uznawany jest za akt ludobójstwa. Aborygeni nie mieli szans w walce. W pogromie zginęło około 200 kolonistów i czterokrotnie więcej tubylców, co stanowiło większość lokalnej populacji. Kogo nie zabili farmerzy i żołnierze, ten poległ od śmiercionośnych chorób, które ze sobą przywieźli. Po kilkunastu latach resztka ocalałych została zesłana na małą wysepkę - Flinders Island. Prześladowania i choroby zbierały tam dalej swoje żniwo. Do obecnych czasów nie przetrwał nikt.

Ostatnią żyjącą przedstawicielką aborygenów była niejaka Truganini. O jej tragicznych losach można poczytać np. tutaj.

Tasmania przez lata była wykorzystywana przez Koronę jako kolonia karna. Na jej terenie znajdowały się obozy pracy, do których zsyłano na wiele lat za zbrodnie tak poważne jak kradzież chleba albo obuwia. Poniżej więzienie o zaostrzonym rygorze dla szczególnie niepokoronych skazańców.

Kolonizacja nie oszczędzała ani ludzi, ani przyrody. Najbardziej znanym przykładem gatunku, który nie przetrwał spotkania z człowiekiem jest wilkowór tasmański. Był to największy mięsożerny torbacz na świecie. Często zwany był tygrysem tasmańskim z powodu charakterystycznych pasów na grzbiecie. Był. Farmerzy stwierdzili (niesłusznie zresztą), że drapieżnik zagraża zwierzynie hodowlanej. I tak gatunek, którego ostatnim schronieniem była ta niedostępna wyspa, został sprawnie przerobiony na skóry hojnie odkupywane przez rząd. Obecnie po wilkoworze, oprócz zdjęć i filmów, została kolekcja parciejących pasków oraz jeden słój z wilczym zarodkiem w formalinie. Postęp wymaga ofiar.

Lista zagrożonych gatunków w Tasmanii jest długa. Lokalny ekosystem przez bardzo długi czas pozostawał oderwany od reszty świata i wiele gatunków roślin i zwierząt nie wytworzyło odpowiednich zabezpieczeń przed chorobami, drapieżnikami i - przede wszystkim - ludźmi. 

Weźmy diabła tasmańskiego. Obecnie spotkanie go w stanie naturalnym jest niezwykle mało prawdopodobne. Spędziliśmy na wyspie miesiąc jeżdżąc i obozując w dziczy a diabła spotkaliśmy chyba raz. Pewności nie ma, bo z dużej odległości można go pomylić z oposem albo innym zwierzem.

Najgorsze jest to że diabeł tasmański jest śmiertelnie chory. Duży procent populacji zarażony jest nieuleczalną odmianą raka pyska. Trwają intensywne badania mające odwrócić straszny los tego zwierzątka. Zobaczymy, czy naukowcy zdążą, zanim będzie za późno. Więcej do poczytania tutaj.

Doszły nas słuchy, że problemy diabłów w Tasmanii są powodowane rabunkową gospodarką leśną na wielu tamtejszych terenach. Na wyspie znajdują się olbrzymie połacie prywatnych lasów. Naturalny busz został tam wykarczowany lub wypalony i zastąpiony eukaliptusem, który rośnie bardzo szybko i daje dobre drewno. Niejeden 'lokals' powiedział nam co myśli o złych korporacjach (a właściwie jednej megakorop) prowadzących ten biznes. Ponoć do szybszego wzrostu używa się bardzo szkodliwych pestycydów. Ponoć populacja diabła tasmańskiego na terenach poza sztucznymi uprawami nie choruje na raka pyska. Ponoć naukowcy mają trudności z przeprowadzaniem badań na terenach prywatnych. Ponoć. 

Trudno jest nam odróżnić fakty od teorii spiskowych. Jednak jest dużo powodów do niepokoju. Fakt, że jadąc przez bezkresne opustoszałe krainy, człowiek może poczuć się nieswojo. Zewsząd atakują przedziwne zapachy, mocna woń eukaliptusa miesza się tu z czymś innym, nieuchwytnym. Rośliny faktycznie nie przypominają niczego znanego w Europie. Ale najbardziej niepokojąca w tasmańskim buszu jest grobowa cisza - bardzo rzadko słychać śpiew ptaka czy szuranie zwierza. W połączeniu z wrażeniem olbrzmiej dzikiej przestrzeni, potęguje to u wędrowcy poczucie osamotnienia i zagubienia. 

Nasza wycieczka wokół Tasmanii okazała się niezapomnianym przeżyciem - ze względu na nieprzewidywalny klimat, oryginalną i bardzo dziką przyrodę oraz tragiczną historię. Warto podkreślić, że ludzie obecnie zamieszkujący wyspę są naprawdę cudowni, nie ma tu nawet śladu po brutalnych kolonistach. Powszechne jest też przeświadczenie, że należy uszanować i zapamiętać trudną historę wyspy. Co do przyrody, to można zauważyć starania wielu grup społecznych oraz rządu by zachować wciąż dziki charakter Tasmanii - 45% jej obszaru to obecnie parki narodowe oraz rezerwaty. 

Niestety, odnosi się wrażenie, że niektórych procesów nie da się odwrócić i jeden z ostatnich dzikich lądów na świecie nie będzie już nigdy taki, jak dawniej.

[Wszystkie zdjęcia historyczne pochodzą z portalu Wikipedia i są w domenie publicznej, reszta oczywiście nasza]

Skomentuj ()
Wszystkie wpisy Strona główna