Bardzo duża kałuża, czyli droga przez Węgry

Węgry

Jeśli mieliśmy trafić w odpowiednie miejsce w odpowiednim czasie to był to Balaton na Węgrzech. Koniec kwietnia okazał się tu bardzo zaawansowaną wiosną pełną życia. Ale, o dziwo, żyła tu tylko przyroda. Całe wybrzeże, plaże, kempingi, a nawet okoliczne miasteczka nie zbudziły się jeszcze po zimie. Prawie 100 km północnego brzegu jeziora było całkowicie wymarłe. Wioski nastawione stricte na turystów nie miały niekiedy czynnych supermarketów. Nie mówiąc już o jakiejkolwiek restauracji. A to wszystko w czasie cudnie rozkwitniętych drzew i krzewów. Niekiedy ciężko było wziąć oddech w słodyczy bzów. Zaś naszymi ulubionymi stały się pnącza obwieszone fioletowymi gronami kwiatów. Były na co drugim podwórku jako ozdoba płotów i ścian, tworząc altanki, parawany i przejścia. Wyglądały zjawiskowo.

Wracając do Balatonu, ktoś określił go dużą kałużą. Czy to naprawdę możliwe? Jezioro mające prawie 100 km długości ma max. 12 m głębokości, a jego średnia głębokość, to zaledwie 3m! Jak te wszystkie jachty sobie tam radzą?

Do tego nie doszliśmy, ale mamy inny wniosek. Tyczy się on betonowych plaż. Znaleźliśmy w sumie tylko 3 miejsca, gdzie zejście do wody było po piasku. Cała reszta to betonowy brzeg, a za nim „falochron” z góry kamieni. A co za kamieniami? Na ogół gładki, mięciutki piaseczek i woda po pas! Ale do niego można się było dostać jedynie specjalnymi drabinkami - basenowymi ;)

Więc skąd pomysł betonowania 100 km brzegu? Jedyne, co przyszło nam namyśl, to że nie mogli poradzić sobie z rozrastającymi się trzcinami. Faktycznie tam, gdzie brzeg nie był uregulowany zielsko wrastało daleko w głąb jeziora. A w nim gnieździło się mnóstwo ptaków i żab.

Wieczorne koncerty towarzyszyły nam każdego dnia tak intensywnie, że od: „nie mogę przez nie spać!”, przeszliśmy do: „słyszysz żaby? Nie zasnę bez nich!”. Wrażenie było do tego stopnia ciekawe, że przechodząc między zabudowaniami można było regulować stereo odbioru koncertu. Za budynkiem niekiedy nie było słychać ani jednej żaby, a pomiędzy – koncerty z różnych stron.

Mówiąc o żabach i zabudowaniach trzeba też wspomnieć o publicznych plażach. Łączyła je wspólna cecha. Wszystkie były jakie? Zamknięte! Jak większość rzeczy na Słowenii. Ale jednocześnie większość z nich  miała otwarte bramy i można było spokojnie wejść na ich teren i rozbić namiot. To było rewelacyjne – żadnych ludzi, gwaru, świateł, imprez, zamieszania. I wszystko za darmo. Cieszyło nas to bardzo do momentu uświadomienia, że nie jesteśmy w stanie wynająć żadnego pokoju, czy domku, by móc się umyć, czy odpocząć jeden dzień. Nie mieliśmy też gdzie jeść – zostawało samodzielne gotowanie.

I tak pierwotne zamiary nie trafienia na gwarny weekend nad Balatonem spotkały się z dużą radością, kiedy w piątek 24 kwietnia okazało się, że jeden z większych kempingów na naszej drodze został tego dnia otwarty, a my mogliśmy wynająć domek, wziąć ciepły prysznic, zalec na miękkim łóżku i chwilę poczuć się jak w luksusach.

Początkowy zamiar „zrobienia” Balatonu w 2 dni rozmył się bardzo szybko. Spędziliśmy tydzień nad mleczno - lazurową wodą podziwiając piękno największego jeziora Europy Środkowej obsypanego kolorami i dźwiękami natury.

 

Skomentuj ()
Wszystkie wpisy Strona główna