Północne tropiki

Australia

Kiedy jedziesz rowerem wszystko mija bardzo powoli. Krajobraz zmienia się co parę dni, a nawet tygodni. Oswajasz się z otoczeniem, z językiem kraju, w którym przebywasz. Masz czas na wszystko. Granice państw to tylko umowne podziały. Przyroda i klimat nigdy nie zmieniają się gwałtownie. Co innego, kiedy teleportujesz się prosto w tropiki.

Raptem znajdujesz się w zupełnie nowym miejscu, z innym klimatem i kulturą. I choć zwykle orientujesz się jak wygląda kraj, do którego zmierzasz, często Cię on zaskakuje.

My przez pół roku zjeździliśmy wiele krajów. Każdy niósł ze sobą coś nowego, ale też i coś, co już znaliśmy z poprzednich miejsc. To zaleta przemieszczania się rowerem. Jednak do Australii musieliśmy wziąć samolot.

Przed wylotem dużo naczytaliśmy się na temat przyrody, klimatu, kultury. To bardzo rozwinięty kraj. Szczególnie rozwinęły się tu krowy i owce – ich liczba znacząco przewyższa liczbę ludzi. To kontynent wielkości Europy zaludniony dwukrotnie słabiej niż Polska. Do tego wszyscy przecież wiemy, że tu chodzi się do góry nogami, woda spływa w odwrotną stronę, a wszystko, co żyje jest przynajmniej jadowite, albo chce Cię zjeść (dokładniej o tym w kolejnym artykule).

Jednak nasze zaskoczenie po wyjściu z lotniska w Cairns nie miało sobie równych:

- Przepraszam, czy ten dźwięk ptaków jest nagrany?

- Słucham???!!!

Nie, tu nic nie jest nagrane. Choć wszystko, co nas otacza, takie zdaje się być. Niezliczone ilości ptaków wydają dźwięki, jakich nie da się usłyszeć nigdzie indziej - trele, śpiewy, ćwierkanie, nawoływania i gwizdy. Otoczeni jesteśmy muzyką tak harmonijną, że ciężko sobie wyobrazić, że może być naturalna.

Jakiegokolwiek przykładu by nie przytoczyć, Australia jest zupełnym przeciwieństwem odwiedzonych przez nas krajów azjatyckich. Najlepiej obrazuje to postawa ludzi. Japonia, Korea – wszystko tam ujęte jest w bardzo sztywne formy. Przebicie niewidzialnego muru dzielącego Cię od drugiego człowieka wymaga dużego wysiłku.  Australijczycy za to wydają się najbardziej wyluzowanym narodem świata i mają niewyczerpaną energię do kontaktu z drugim człowiekiem.

Pytanie „How are you?”, które w Europie zwykliśmy traktować jako grzecznościową formułkę, tutaj nigdy nie pozostaje bez odpowiedzi. Dialogi czasem bywają naprawdę długie i wnikliwe. Ludzie w sklepach, na stacjach benzynowych, w barach opowiadają o swoich ostatnich dniach i tygodniach. Podejrzewam, iż wynika to z pewnego faktu, który można zobrazować jednym z często słyszanych zdań: „To mój najbliższy sąsiad, mieszka 135km ode mnie.”. I tu zaczynają się opowieści, jak to znają się od dzieciństwa, razem jeżdżą na ryby i chodzą po buszu. Gadaniu nie ma końca.

Żeby takiego sąsiada poznać, trzeba mieć samochód. I to nie byle jaki! Jednak o tym opowiemy przy okazji naszej przeprawy na południe.

Północne przygody zaczęliśmy od płaskowyżu Tablelands. Gigantyczne przestrzenie ciągnące się po horyzont. Niczym nie ograniczone widoki pustych wzgórz i dolin. Drogi proste i długie tak, że zmuszają do wielogodzinnych medytacji w rowerowym siodełku.

Jednak gdy tylko wysokość nad poziomem morza zmieni się o parę metrów, wraz z nią diametralnie zmienia się krajobraz. Z suchych łąk z pojedynczymi rozłożystymi drzewami momentalnie wjeżdża się w tropikalny las deszczowy. Drzewa wysokie na wiele pięter, liany spuszczające się z nich niczym węże i roślinność tak splątana, że ciężko odróżnić od siebie poszczególne gatunki.

I choć z daleka las ten zdaje się być nie do przebrnięcia, w rzeczywistości jest dość rzadki i przejrzysty. Przez gałęzie i liście przechodzi dużo światła, co daje fascynujące efekty, a jednocześnie wzmacnia i tak już intensywną zieleń.

To, poza pustyniami, najdziksze tereny Australii. Im dalej na północ, tym trudniej tam dotrzeć. Tym bardziej oryginalni ludzie. Wąskie drogi pnące się stromo po górkach, wartkie rzeki i potoki, grząskie piaski – wszystko to bardzo utrudnia tu komunikację.

Prawdę mówiąc, na samej północy nie można wcale mówić o komunikacji. Dojeżdżają tu tylko bardzo wyspecjalizowane samochody z napędem na 4 koła i wlotami powietrza wysoko ponad dachem. I choć jest to dzicz absolutna, dużo osób bardzo ją sobie ceni. Poznaliśmy ludzi, którzy przyjechali/ przyszli, by tu zamieszkać. By zostać „buszmenem”. Żywią się tym, co upolują (popularne są polowania z psami), mieszkają w miejscu, które zbudują i wiodą proste życie z dala od cywiliziacji. Niektórzy z nich zakładają swoje kempingi, by mieć z czego żyć. Słyszeliśmy także o takich, którzy uciekają do buszu, by nikt ich nigdy nie znalazł.

W bardziej turystycznych miejscach znajdują się specjalnie wytyczone ścieżki, gdzie można obserwować dziko żyjące zwierzęta. Kangury, niezliczone ptaki, żółwie – wystarczy zatrzymać się na chwilę, a z pewnością coś podejdzie, zainteresuje się Tobą zerkając zza krzaka. W lasach i na kempingach pełno jest dzikich indyków i jaszczurek. Wszystko zachowuje się bardzo NIEnaturalnie. Podchodzi do ludzi, zerka, czasem można odnieść wrażenie, że zaczepia przyjacielsko.

Pewnego dnia mieliśmy okazję odwiedzić szkołę i porozmawiać z dziećmi z buszu. Zapytały nas, jakie zwierzę w Australii jest dla nas najstraszniejsze. Bez chwili wahania odpowiedzieliśmy, że w zasadzie, to wszystkie są bardzo przyjazne. Jednak to, że nie boją się człowieka, że podchodzą tak blisko, jest co najmniej niepokojące.

Dodatkowo to właśnie tu, na północy, teren zamieszkują najwięksi drapieżcy tego kontynentu.

Krokodyle.

Całe Queensland usiane jest znakami zakazu kąpieli w oceanie i rzekach. Wszędzie ostrzeżenia przed krokodylami. Gdzieniegdzie tylko, na wielomilowych plażach, wyznaczone są kąpieliska ogrodzone dokładnie siatką i z kilkoma ratownikami na brzegu. Brzmi absurdalnie.W oceanie bardziej obawialibyśmy się rekinów. Zresztą one też tu są – ludojady – choć nikt nie boi się ich aż tak jak krokodyli. Nie mieliśmy pojęcia, jak niebezpieczne może być choćby zbliżenie się do linii wody, dopóki nie wybraliśmy się do wioski Daintree leżącej w krokodylowym zagłębiu.

Odbywają się tu wycieczki po rzece, gdzie przewodnicy opowiadają o tych wielkich gadach. Są ich dziesiątki, a może i setki. Potwory dochodzące do 8 metrów długości, ważące nawet tonę! Cielska tych gadów można zobaczyć co parę metrów wylegujące się na piasku w słońcu. Są bardzo wyczulone na ruch. Zjadają wszystko, co znajdzie się w ich zasięgu - w wodzie lub na brzegu - niezależnie od tego, czy będzie to człowiek łowiący ryby, czy inny krokodyl, jeszcze nie w sile wieku. Nasłuchaliśmy się wielu makabrycznych opowieści o tragediach dotykających okolicznych mieszkańców - gdy podczas pory deszczowej krokodyl zjadł 8- letnie dziecko bawiące się pod domem, jak po pewnym rybaku pozostała tylko wędka i krzesło na pomoście.

Wszystko to robiło duże wrażenie, choć wciąż nie do końca czuliśmy się bezpośrednio zagrożeni. Rzeka rzeką – woda jest brunatna, zarośnięta – krokodyla może nie być widać. Ale co innego na piaszczystej plaży o lazurowej wodzie. Tu przecież człowiek łatwo i zawczasu dostrzeże niebezpieczeństwo! Tak sądziliśmy, póki podczas jednego ze spacerów po plaży nie zobaczyliśmy 2- metrowego gada wygrzewającego się na kamieniu tuż obok nas. Wtapiał się idealnie w szarobrązową fakturę skały.

Skomentuj ()
Wszystkie wpisy Strona główna